BOŻE CIAŁO

Zapraszamy do nowej edycji Dyskusyjnego Klubu Filmowego. Tym razem zapraszamy na wyjątkowy film Boże Ciało, sobota, 29 lutego, godz. 20:00.

Podreptałem zatem… do kina, na film „Boże Ciało” Janka Komasy. Nie dlatego, że jestem jakimś wielkim fanem jego twórczości, raczej dlatego, że wielu krytyków i dziennikarzy podniosło na festiwalu polskich filmów fabularnych w Gdyni potężne larum, że Komasa nie zdobył „Złotych Lwów”. Zaintrygowali mnie, co też zakończyło się wycieczką do kina.

Ale – ad rem… „Boże Ciało” jest niewątpliwie filmem intrygującym. Komasa wie, jak sprawnie opowiedzieć historię i potrafi całkiem nieźle scalić w całość – dramaturgię, zdjęcia, muzykę, scenografię. Pod tym względem „Boże Ciało” jest świetnie doszlifowanym diamentem. A i opowiadana historia wciąga dosyć szybko i wwierca się w duszę widza namiętnie. Mamy zatem . poranionego chłopaka, który wychodzi z poprawczaka i chce być księdzem i gdy nadarza się okazja, daleko gdzieś na końcu świata, udając księdza, rozpoczyna swoje „duszpasterzowanie”. Ktoś powie: ot mi bajeczka, a jednak… coś podobnego miało w Polsce miejsce. Powróćmy do filmu. Komasa w swoich kadrach postawił niewidzialne, wielkie lustro, w którym widać odbicie naszych oszpeconych katolickich, z nazwy, dusz. Nie będę tu opowiadał filmowej historii (idźcie do kina, sami zobaczycie o co chodzi…). Jedno mnie uwiodło: Komasa nie wali bezmyślnie młotem swoich wizji i ideologii w Kościół. Wali całkiem subtelnie w naszą polską dusze katolicką, która potrafi się świetnie zaklimatyzować w każdych warunkach i po cichu marzy tylko o jednym: żeby w to wszystko nie wlazł Pan Jezus. Polska dusza wprawdzie wciąż jest nieśmiertelna, ale czy pachnie Ewangelią? Jest w filmie ciekawa scena (dla mnie, osobiście) niezwykle przejmująca: rozpoczyna się Msza (oczywiście nieważna), sprawowana przez księdza (który nie jest księdzem) i trzyma on w rekach hostię (która nie będzie zakonsekrowana, bo przecież Mszy nie odprawia prawdziwy, ważnie wyświęcony kapłan). Scena niezwykła. Jakby Komasa chciał się nas zapytać: czy my czasem nie jesteśmy jak ta niezakonsekrowana hostia? Gdzie jest Boże Ciało? Czy nasze ciała są jeszcze Boże? Porażająca scena. Reżyser pyta i nie odpowiada. Owładnięci „religijną poprawnością”, ciągle uciekający przed ewangelicznym radykalizmem, ze schamiałym sercem uprawiamy rytuały, wypędzając żywego Boga ze swojego wygodnego życia. Pod koniec filmu, z ust proboszcza alkoholika, komentującego Ewangelię, padają mocne słowa: „Ta przypowieść jest o tym, jak mocno oddaliliśmy się od Boga, wy i ja także, my wszyscy”… Oddaliliśmy się za mocno. I płacimy za to wysoką cenę. Bolesną okrutnie. Film Komasy „Boże Ciało” poraża i wzrusza. W skali od jednego do dziesięciu, całkiem na serio, daję: **********. Pełna dziesiątka. Więcej, dołączam się do wielkiego „larum” krytyków filmowych i dziennikarzy. „Złote Lwy” powinny powędrować do rąk Komasy, który zrobił porządny, mądry i niezwykle poruszający film. Gorąco polecam. I dziękuję reżyserowi. Gratuluję z serca. „Boże Ciało” to mocny i potrzebny, filmowy „rachunek sumienia”. Dla wszystkich Polaków, a szczególnie dla nas, którzy tworzymy Kościół (niestety, za często na swoją modłę)…