Majowe

Litanię do Najświętszej Maryi Panny niektórzy nazywają („modlitwą szturmową”). Może rzeczywiście każde kolejne wezwanie jak uderzenie tarana stara się wedrzeć aż do samego nieba?

„Bóg daje modlitwę tylko temu, kto się modli”

W maju do Matki Bożej zwracamy ze śpiewem litanii loretańskiej (niektórzy nazywają ją „modlitwą szturmową”). Może rzeczywiście każde kolejne wezwanie jak uderzenie tarana stara się wedrzeć aż do samego nieba?
Samo słowo „litania” oznacza w języku greckim prośbę. Początki litanii loretańskiej sięgają XII w. i wbrew nazwie, wiążą się z nie z Loreto, ale z Francją. Wzorem dla jej twórców była pewnie poezja rycerską i nazywanie Maryi „Panią”. W języku polskim nie mamy takiego wyrażenia, ale do Matki Bożej jako do „naszej Pani” zwracamy się chociażby w języku angielskim – Our Lady, francuskim – Notre Dame czy włoskim – Madonnna = Mia Donna (tu nawet bardziej osobiście: „moja Pani”).
W różnych wersjach ten sposób pisania wezwań do Matki Bożej rozprzestrzenił się po całej Europie. Wersję, która była śpiewana w sanktuarium w Loreto, zatwierdził ostatecznie papież Sykstus V w 1585 r.

W litanii loretańskiej mamy aż cztery grupy wezwań, które mają nam pomóc zrozumieć Matkę Bożą; ale nie tylko Ją samą, chyba też trochę Pana Boga…
Co litania loretańska ma nam jeszcze do powiedzenia?

Wpierw nazywamy Ją Matką.
Macierzyństwo to dzielenie się życiem. I sławiąc Ją jako matkę, rozważamy to, w jaki sposób swoim życiem się dzieliła i życie swego Syna i Jego uczniów wspierała. Śpiewając „Matko Kościoła” patrzymy na to, w jaki sposób dzieli się życiem niebiańskim z nami dzisiaj.
To Jej bycie Matką nas wszystkich, nie tylko Matką Bożą, jest naprawdę przedziwne, nieskalane, najczystsze – bo po prostu bezinteresowne…

Później wołamy do niej „Panno..”.
(Dziś w języku polskim zatarło się już dawne znaczenie tego słowa, które ongiś było synonimem dziewicy.) Święty Bazyli Wielki powiedział kiedyś, że Syn Boży narodził się z dziewicy, aby nikt nie gardził dziewictwem, a wzrastał w normalnej rodzinie, żeby nikomu nie przyszło do głowy lekceważyć małżeństwa.
Dziewictwo (nasi dziadkowie powiedzieliby pewnie „panieństwo”) Maryi jest dla nas wyzwaniem pewnie większym niż Jej macierzyństwo… A może dziś ma dla nas jeszcze większą wartość niż kiedyś, choć nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę?

Jako trzecia grupa wezwań jest ta, która zawiera w większej części aluzje do ksiąg biblijnych.

Nazywanie Maryi „Przybytkiem” – to przypomnienie świątyni jerozolimskiej, w której, jak to czytamy u Księgach Kronik, Izajasza czy Ezechiela przebywał w tajemniczy sposób Bóg – podobnie jak w Maryi mieszkał Boży Syn a Ona sama była pełna Ducha Świętego.

Matka Boża zdaje się „wyrastać” z Biblii. To niesamowite wręcz jak bardzo Jej życie związane jest ze Starym Testamentem. Tym samym to, stawia nam pytanie o nasz związek z Biblią: na ile nasze życie jest w niej zakorzenione? Na ile jej lektura staje się dla nas chlebem powszednim?

Wreszcie nazywamy Ją Królową.
To niejako zwieńczenie kolejnych wezwań. Bycie królem, królową, oznacza rzecz jasna panowanie. Ale kto jest tak naprawdę władcą, kto może panować i w pełni rozkazywać jeśli nie ten tylko, kto jest szczerze kochany?
Królowanie Maryi zatem oznacza to, że i kocha, i jest kochana.

Litania loretańska nawet jeśli stanie się naszymi rekolekcjami, nie ma być rejestrem naszych niedostatków.
Śpiewając kolejne wezwania dodajemy jedynie „Módl się za nami”. Nie precyzujemy naszych próśb pewni, że roztropniej niż my sami Maryja dostrzeże nasze braki i zaradzi naszym potrzebom.

 
 
 
 

SKANDAL MIŁOSIERDZIA

Miłosierdzie jest skandalem. Chociaż sami byśmy go ocze­kiwali, nie dajemy do niego prawa innym ludziom. Pytamy już nawet nie o to, „dlaczego” miłosierdzie, ale „dlaczego dla tego drania” i „dlaczego za darmo”. Dlaczego Bóg jest miłosierny wobec kogoś, kto sobie na to nie zasłużył?

Spra­wiedliwi cierpią, a grzesznikom się powodzi. Źle Pan Bóg poukładał ten świat…

Dokonujemy sądu nad bliźnim i nad samym Panem Bogiem. Przecedzamy komara, ale sami połykamy wiel­błąda (por. Mt 23, 24). Nie pamiętamy, że to my będziemy sądzeni. „Jaką miarą mierzycie – przestrzega Jezus – taką i wam odmierzą (…). Obłudniku! Wyjmij najpierw belkę z własnego oka, a wtedy przejrzysz i będziesz mógł wyjąć drzazgę z oka twojego brata” (Mt 7, 2.5). Miara sądu Bo­żego może być zaś tylko jedna, zgodna z tym, co o króle­stwie niebieskim mówi Jezus w ośmiu błogosławieństwach:

„Szczęśliwi miłosierni, ponieważ oni dostąpią miłosierdzia” (Mt 5, 7). Albo będziemy miłosierni, albo straceni. To je­dyne z błogosławieństw, które nie ma innej miary poza samym sobą: miłosierdzie za miłosierdzie.

My jednak wciąż wybieramy sprawiedliwość. Wydaje się nam, że ją poznaliśmy, posiedliśmy i potrafimy wymierzyć. To ułuda, którą samych siebie wodzimy za nos. Jeśli zaś zapanowaliśmy nad sprawiedliwością – myślimy zwiedzeni pychą – to po co nam Bóg, po co wcielenie, męka i zmartwychwstanie Jezusa?

Naszą wrażliwość duchową skrępowała katechizmowa formułka o Bogu jako „sędzim sprawiedliwym, który za do­bro wynagradza, a za zło karze”, wyobraźnię zdominowały kategorie myślenia rynkowego. Święty Mikołaj – jedna z najpiękniejszych postaci ludzkiego miłosierdzia w chrze­ścijaństwie – stał się kimś, kto przynosi prezent (grzecz­nym) albo rózgę (niegrzecznym). To głębokie zafałszowa­nie tej postaci.

Mikołaj, jeszcze zanim został biskupem, wręczył trzem prostytutkom po bryłce złota. I to wcale nie dlatego, że były grzecznymi dziewczynkami. Nie czekał aż się nawrócą i wejdą na dobrą drogę. Święty wiedział, że tylko pomagając tym dziewczynom – takim, jakimi są – da im szansę na to, aby się zmieniły: złoto wzięły jako posag i dzięki temu mogły poszukać sobie mężów.

Dawniej mieliśmy lepsze wyczucie postaci Mikołaja. Piotr Skarga, który założył pierwsze w Polsce bractwo miłosierdzia, pośród wielu inicjatyw miał także i taką, która była skierowana do prostytutek. Skarga zbierał od pobożnych mieszczan krakowskich pieniądze na posagi dla dziewczyn, które trafiły na ulicę. Tłumaczył, że mają one w życiu tylko następującą alternatywę: albo umrzeć z głodu, albo sprzedać swój wstyd. Ten fundusz dla dziew­cząt nazwał Skrzynką Świętego Mikołaja, ponieważ zrozu­miał, na czym polega kult tego Świętego.

Święty Mikołaj nie był wcale sprawiedliwy, bo po spra­wiedliwości tym kobietom nic się nie należało. Był miło­sierny. Różnica polega na tym, że przez sprawiedliwość człowiek się nie zmieni – sprawiedliwość jest dla satys­fakcji tego, który ją wymierza. Miłosierdzie jest po to, by dać człowiekowi szansę przemiany. Sprawiedliwość jest rozrachunkiem z przeszłością, miłosierdzie jest chrześci­jańską nadzieją na przyszłość.

 

„W swoim właściwym i peł­nym kształcie – pisał Jan Paweł II w Dives in misericordia – miłosierdzie objawia się jako dowartościowywanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w czło­wieku” (6). Nikt nie jest stracony, bo Bóg nie rozdaje cu­kierków grzecznym dzieciom, ale podnosi w górę tych, którzy dotknęli dna.

NIEDZIELA ZMARTWYCHWSTANIA PAŃSKIEGO

Słowa Ewangelii według św. Mateusza.
Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób. A oto powstało wielkie trzęsienie ziemi. Albowiem anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego była jak błyskawica, a szaty jego białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i podrętwieli jak umarli. Anioł zaś przemówił do niewiast: „Wy się nie bójcie! Bo wiem, że szukacie Jezusa Ukrzyżowanego. Nie ma Go tu, bo zmartwychwstał, jak powiedział. Chodźcie, zobaczcie miejsce, gdzie leżał. A idźcie szybko i powiedzcie Jego uczniom: «Powstał z martwych i udaje się przed wami do Galilei. Tam Go ujrzycie». Oto co wam powiedziałem”.

Pospiesznie więc oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić to Jego uczniom. A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: „Witajcie”. One zbliżyły się do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon. A Jezus rzekł do nich: „Nie bójcie się. Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą”.

Oto słowo Pańskie.

            Dzisiaj jest Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, Niedziela wszystkich niedziel, najważniejsza niedziela. Św. Paweł pisze, że gdyby nie było Zmartwychwstania bez sensu byłaby nasza wiara, nasze życie, bylibyśmy godni pożałowania; to wszystko nie miałoby głębszego sensu. Ale ono jest i nieustannie trwa i rozgrywa się w naszym życiu. Poprzez Zmartwychwstanie Chrystus jest obecny w naszym życiu, to wszystko, co się w nim rozgrywa, chociaż tego dzisiaj nie rozumiem, a nawet się buntuje, ma sens i znaczenie i wszystko prowadzi do szczęśliwego zakończenia, czyli naszego zmartwychwstania.

            Chrystus pragnie, abyś był szczęśliwy, nie zadowolony, ale szczęśliwy, aby twoje życie, mimo wielu trudów i kłopotów, miało sens. On za dużo w nas zainwestował, zbyt wielki włożył w nas kapitał, abyśmy byli dzisiaj tylko zadowoleni.

            Zmartwychwstanie to jest taki stan, dla którego zostaliśmy stworzeni i powołani. To jest to, czego Bóg dla każdego z nas pragnie i chce, i czego my, w gruncie rzeczy również chcemy, też dla siebie. Chcemy, aby z tego cośmy przeżyli, nie zginęło, co dobre, żeby nie zniknęły te osoby, te sytuacje, te momenty, które były i są wspaniałe, które kochamy; żeby nie było bólu i cierpienia, żeby nie trzeba było niczego się wstydzić i żałować. Zmartwychwstanie to jest taki stan, którego dać może jedynie Bóg.

            On w tym zmartwychwstaniu zbawia całego człowieka, całe nasze życie, to znaczy to, co się wydarzyło od poczęcia aż do śmierci, ze wszystkimi relacjami, sięgającymi o wiele szerzej, niż jesteśmy w stanie to ogarnąć. Wszystko, co jest tam, to jest dopiero to, naprawdę to, o co mi rzeczywiście chodzi i czego naprawdę od życia pragnę.

            Na zakończenie tych rozważań, na zupełny już sam koniec zdanie, a właściwie jedna z modlitw kard. Johna H. Newmana: „Prowadź, Łagodne Światło, pośród otaczającego mroku, prowadź mnie. Noc jest ciemna, a ja jestem z dala od domu. Ty mnie prowadź. Strzeż moich kroków. Nie proszę o to, abym widział daleką scenę. Wystarczy mi jeden krok – One step enough for me”.

 

            Dziękuję sobie za to, co powstało; za determinizm, wolę pisania. Były różne miejsca, gdzie dzieliłem się moimi myślami; były to przede wszystkim miejsca moich tegorocznych pielgrzymek rekolekcyjnych. Być może za parę lat sięgnę po to. Dzisiaj w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego niniejszy tekst wędruję do mego archiwum, aby później móc do niego sięgnąć i spojrzeć na słowa i miejsca, gdzie to się rodziło. A jednak z wewnętrznego imperatywu sumienia. Jeżeli chodzę nad przepaściami wiary, to unoszą mnie nad nimi skrzydła nadziei. Ona wciąż mi mówi: Odwagi, Bóg jest większy niż nasza wiara. Bóg jest większy niż nasza nadzieja.

24 kwietnia 2011, Mórkowo

Pisane także we Warszawie, Władysławowie, Szczecinie, a rozważane gdzieś w drodze.

Przez ponad 8 lat te zapiski czekały na swoją publikację. Wierzę, że w jakikolwiek sposób były pomocne w przeżywaniu tego okresu. 

Karol M. Rogasik

TRIDUUM PASCHALNE – BEZBOŻNY DZIEŃ

Cisza, krzyk ciszy, nie można dzisiaj czytać Ewangelii, Kościół nie ma odwagi czytać, proklamować Ewangelii. Doświadczenie śmierci, osamotnienia dotknęło Boga. Na szczęście jutro jest dzień, który…

            To jest ta chwila, kiedy Chrystus zstąpił do otchłani, a potem pomyśl o pięknych ikonach prawosławnych, kiedy ten moment jest utrwalony. Gdy Chrystus wychodzi z otchłani i wyprowadza z niej Adama, ale nie trzyma go za rękę, lecz za przegub, tam, gdzie się sprawdza puls serca. Tak jakby chciał sprawdzić, czy to życie od Niego do Adama przeszło. Ciebie też Chrystus chce wyprowadzić z tej otchłani, z twych piekieł, twych problemów; pozwól mu na to. Zaufaj Mu i podaj mu swą dłoń, swój przegub.

            To właściwie ostatni wpis przed tym, co jutro. Jaki był to czas, co on mi dał, przyniósł; jak go przeżyłem, co doświadczyłem; pytania nieobojętne dla nieobojętnych osób, czas niezwykły, czas niespokojny. Wszystko ma swój koniec, kres.

TRIDUUM PASCHALNE – ŚMIERĆ BOGA

Potem Jezus świadom, że już wszystko się dokonało, aby się wypełniło Pismo rzekł: „Pragnę”. Stało tam naczynie pełne octu. Nałożono więc na hizop gąbkę pełną octu i do ust Mu podano. A gdy Jezus skosztował octu, rzekł: WYKONAŁO SIĘ! I skłoniwszy głowę wyzionął ducha.

            Patrząc po ludzku na całe życie Jezusa, na to wszystko co się w nim rozgrywało i to jak się ono skończyło, można powiedzieć, że to było jednym wielkim szaleństwem. Tak z ludzkiej strony to było szaleństwo, ale to nie jest i nie była ludzka logika. Wierzyć w tę historię, wierzyć w tego Człowieka to znaczy żyć, tak jak On i nie lekceważyć tego wszystkiego, co On dla nas uczynił.

            Jan przytacza słowa: „Wykonało się”. To znaczy, że krzyż jest miejscem, jest tym momentem, na którym wszystko się rozstrzyga – miejscem zbawienia. Krzyż, jako znak, nie jest symbolem tylko męki i śmierci, ale miejscem, gdzie każdy z nas został odnaleziony. To właśnie na nim Chrystus jest do końca umarły. On naprawdę przechodzi przez tę drogę, przechodzi przez tę krainę opuszczenia. Rozpoczyna się bezbożny dzień, dzień bez Boga, dzień albo chwila, wydarzenie, o którym mówimy „zstąpił do piekieł”.

            Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił – kolejne wstrząsające słowa z krzyża. Jezus wypowiada je po aramejsku. W Ewangeliach mało jest słów w tym języku: to dowód, że te słowa są autentyczne. Nie możemy myśleć o Jezusie, w tym momencie, jeśli chcielibyśmy pominąć te słowa, ten krzyk samotności wobec Boga, który wydobywa się z Jego ust. Wszelkie próby osłabienia, usprawiedliwienia tego krzyku, wytłumaczenia go: czy to przez odwołanie się do niszczącej męki, czy też przez objaśnienie teologicznego kontekstu tych słów, są w gruncie rzeczy niewiernością wobec Boga Jezusa Chrystusa.

            Jezus woła z krzyża, cierpi, umiera jako człowiek, który wie, że wolno mu oczekiwać od Boga ratunku bez żadnych ograniczeń, że Bóg jest dla niego Bogiem zawsze, aż do końca, wszędzie i zawsze w każdej sytuacji; że On jest Bogiem nie tylko poza światem (demiurgiem), ale także tu na ziemi w najgłębszej otchłani. Właśnie dlatego, właśnie wtedy, kiedy tak wierzy i ufa Bogu i kiedy tak na Niego się zdaje, człowiek nie może zrozumieć, gdzie jest Bóg, kiedy on cierpi i umiera.

            Co się więc stało? Ano to, że życie Jezusa było przyjęciem całej konsekwencji bycia jak Bóg przez człowieka, On sam przeżył własną nieobecność, samotność i śmierć, jak tylko człowiek może je przeżyć, zupełnie po ludzku. Jego potęga i chwała objaśnia się właśnie w tej godzinie, w tej chwili, właśnie w tym utożsamianiu się z człowiekiem w jego upadku i samotności. On nie odpowiada na żadne z naszych pytań o sens cierpienia i śmierci inaczej niż przez to, że jest z nami w cierpieniu i śmierci nie tylko jako człowiek, ale także jako Bóg.

            Poprzez krzyż i zstąpienie do otchłani okazuje się również, że Jezus bierze na siebie całkowity sprzeciw człowieka względem siebie, drugiego człowieka i względem samego Boga oraz wszystkie wynikające z tego sprzeciwu konsekwencje. Odtąd nikt nie ma prawa powiedzieć, że Bóg bezczynnie stoi poza i ponad wszelkimi sprawami człowieka. Krzyż jest tym punktem, na którym obwieszcza się całemu światu prawda, że nie ma już w ludzkim życiu i śmierci miejsca, gdzie człowiek jest sam – bez Boga.

            „Otchłań” to nasze piekła, to miejsca, gdzie człowiek znajduje się tak długo, aż nie zostanie uratowany przez Boga. Jezus z chwilą śmierci na krzyżu schodzi w najgłębszą otchłań po to, żeby każdego człowieka, przez swoją wiarę, z niej wyprowadzić i przywrócić do Boga. Jezus zstępuję głębiej, niż jakiekolwiek stworzenie upadło, to znaczy głębiej, niż upadł szatan. Krzyż jest większy od nieszczęścia jakiegokolwiek człowieka. Jeśli jakieś stworzenie nie uczestniczy w tym dziele, to tylko dlatego, że nie chce w nim uczestniczyć. Jeżeli szatan i inni potępieni (jeżeli tacy są – pytanie innej rangi: czy prócz szatana, ktokolwiek jest wstanie odmówić takiej łasce, takiej pomocy) nie uczestniczą w dziele zbawienia, to tylko dlatego że nie chce, ale nie dlatego że nie może.